Prasa

Nowiny 8-10 kwietnia 2016 - 150 osób meże stracić pracę. A wszystko przez donos

 570780ba9a8e9 osize445x270q71hbc28d4

 

Dynowskiej spółdzielni inwalidów grozi likwidacja. Jeśli PFRON do 14 kwietnia nie umorzy lub nie rozłoży na raty 1,4 mln zł, 150 osób może trafić na bruk. Dla miasteczka i okolicy to prawdziwy dramat.

Spółdzielnia Inwalidów im. Jana Kilińskiego w Dynowie istnieje od 1952 roku. Jest największym pracodawcą w miasteczku i jego okolicach. Zatrudnia 150 osób, w tym 133 pracowników z orzeczeniami o stopniu niepełnosprawności. Mimo że zakład ma wiele zamówień, szyje między innymi odzież roboczą oraz mundury ćwiczebne dla wojska i policji, grozi mu likwidacja, a całej załodze - bezrobocie.

- Pracuję w tej spółdzielni 35 lat. Większość z nas jest w takim wieku, że na rynku pracy trudno będzie się odnaleźć, a do emerytury mamy jeszcze daleko. Jeśli stracę tę pracę, to będzie dla mnie i dla mojej rodziny dramat. Podobnie myśli reszta załogi. Wiele z kobiet jest jedynymi żywicielami rodzin, a w rejonie Dynowa o pracę jest bardzo trudno. Nie wiem, co z nami będzie - dzieli się swoimi obawami Małgorzata Salamon, pracowniczka spółdzielni.

Hale, w których pracują szwaczki, wyposażone są w nowoczesny park maszynowy. Spółdzielnia cieszy się dobrą opinią wśród kontrahentów, o czym świadczą zamówienia z zagranicy. Cechują ją doświadczenie, tradycja i wysoka jakość produkcji odzieży roboczej.

- 64 lata istnienia naszej spółdzielni mogą nie mieć znaczenia, mimo że nie zawiniłyśmy. Nikt nie przywłaszczył sobie żadnych pieniędzy. Wręcz przeciwnie: jak są straty, to członkowie spółdzielni je pokrywają. Po prostu nie zapłaciła nam inna firma. Obecnie ludzie z dużym niepokojem patrzą w przyszłość. Panuje przygnębienie, mam jednak nadzieję, że ktoś nam pomoże i zachowamy miejsca pracy - mówi Mariola Pęcherek, pracownica spółdzielni.

Burmistrz Dynowa Zygmunt Frańczak nie wyobraża sobie likwidacji spółdzielni. Mówi, że to byłby prawdziwy dramat dla żyjących tu ludzi. - Spółdzielnia zatrudnia także wiele osób niepełnosprawnych z okolicznych gmin i miejscowości. W naszej części powiatu rzeszowskiego nie ma dużych inwestorów i utrata każdego pracodawcy to duży cios. Większe firmy zakładają swoje siedziby w pobliżu Rzeszowa, gdzie jest autostrada i lotnisko, więc każdy zakład w naszym regionie jest na wagę złota - podkreśla Zygmunt Frańczak.

 

Nieuczciwi kontrahenci

Kłopoty, z którymi boryka się spółdzielnia, rozpoczęły się w 2013 roku. - Nasi kontrahenci nie zapłacili nam za wyprodukowaną odzież. Mimo że mamy wyroki sądowe nakazujące im zapłatę, niewiele z tego wynika. Bo większość z nich ogłosiła upadłość. W dodatku jako wierzyciel jesteśmy na 4. miejscu, za ZUS, urzędem skarbowym i bankami, więc na pieniądze nie ma co liczyć - tłumaczy sytuację zakładu Małgorzata Kochman, prezes spółdzielni. - Stanęłam przed wyborem: albo wypłacić pieniądze załodze i uregulować rachunki za prąd i gaz, albo opłacić składki ZUS. Zdecydowałam się na to pierwsze rozwiązanie, poinformowałam o swoich problemach także dyrektora ZUS. Ustnie ustaliliśmy, że spółdzielnia będzie płacić bieżące składki, a te zaległe ureguluje w miarę możliwości - mówi Małgorzata Kochman.

Mimo zawartego z ZUS porozumienia, to właśnie nieopłacone składki wprowadziły spółdzielnię w Dynowie w obecne kłopoty. Na skutek donosu, we wrześniu ubiegłego roku owiany złą sławą wśród podkarpackich przedsiębiorców Urząd Kontroli Skarbowej w Rzeszowie rozpoczął kontrolę w spółdzielni. Po jej zakończeniu skarbówka stwierdziła, że wszystkie zapisy księgowe są prowadzone prawidłowo oraz że ustawa o rachunkowości nie została złamana. Kontrolerzy zwrócili jednak uwagę na to, że spółdzielnia w 2013 roku nieterminowo przekazywała składki do ZUS. Oznaczało to, że nienależnie pobierała dofinansowanie do wynagrodzeń z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.

UKS w Rzeszowie, po zakończeniu w grudniu ubiegłego roku kontroli, poinformował o zaległościach w płaceniu składek PFRON. Ten w styczniu wezwał spółdzielnię do zapłaty 1 469 693,84 zł, dając jej na to 3 miesiące. Termin mija 14 kwietnia.

- Kwota ta jest absolutnie nieosiągalna i niemożliwa do zapłaty przez naszą spółdzielnię - tłumaczy prezes Kochman. - Obowiązek zrealizowania tak dużego zobowiązania skutkować będzie upadłością spółdzielni, a tym samym - całkowitym brakiem spłaty wobec PFRON. Mimo że jesteśmy podmiotem obrotu gospodarczego, nie jesteśmy nastawieni głównie na zysk, ale na zapewnienie pracy osobom niepełnosprawnym. Musimy się mierzyć, podobnie jak inne firmy, z kryzysem gospodarczym, konkurencją i walczyć o kontrahentów, aby zapewnić pracę 150 osobom. U nas pracownicy pracują za najniższą krajową, nie gromadzimy również żadnych składników majątkowych. A jak są straty, to członkowie spółdzielni sami dokładają do tego biznesu. Przykre jest to, że mamy sporo zamówień i dużo pracy, a mimo to grozi nam likwidacja, bo pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. Ktoś bardzo nam źle życzył, kierując donos do skarbówki i wskazując rok 2013 jako ten, w którym mogło dojść do nieprawidłowości. W pozostałych latach wszystkie opłaty były uregulowane.

 

Szukanie pomocy

Kolejny problem, z jakim muszą mierzyć się władze spółdzielni, to brak dotacji z PFRON. Jeśli spółdzielnia nie wpłaci1,4 mln zł, może nie otrzymać bieżącego dofinansowania do wynagrodzeń osób niepełnosprawnych, co praktycznie oznacza upadłość. Zakład dostaje z PFRON 96 tys. zł miesięcznie, a oddaje państwu, z tytułu opłaty różnego rodzaju składek, 100 tys. zł. Spłaca również systematycznie co miesiąc zaległe składki za 2013 rok, z powodu których ma teraz kłopoty.

- Jedynym rozwiązaniem jest umorzenie nam przez PFRON kwoty, którą mamy do zapłaty, lub rozłożenie jej na raty, które byśmy spłacali w terminie 20 lat. Wtedy będziemy mieli możliwość egzystencji i zachowania miejsc pracy - wyjaśnia Małgorzata Kochman.

Niestety, PFRON nie jest skłonny umorzyć ani rozłożyć na raty spłaty zadłużenia.

„Prezes Zarządu Funduszu może w drodze uznania administracyjnego umorzyć w części lub całości, odroczyć termin płatności, lub rozłożyć na raty spłatę odsetek od nienależnie pobranych kwot na podstawie art. 26a ustawy o rehabilitacji” - czytamy w piśmie nadesłanym z PFRON do spółdzielni.

Prezes spółdzielni postanowiła szukać pomocy wśród podkarpackich samorządowców i parlamentarzystów, głównie z Prawa i Sprawiedliwości, które sprawuje władzę. Napisała także list do premier Beaty Szydło.

 

 

Posłanki PiS dały słowo

Wojewoda, marszałek województwa, starosta rzeszowski oraz parlamentarzyści wystosowali pisma do ministra rodziny, pracy i polityki społecznej, dyrektora PFRON oraz do pełnomocnika rządu ds. osób niepełnosprawnych. Przesłanie tych dokumentów: prośba o uratowanie spółdzielni.

- Sprawa jest trudna i wywołuje dużo emocji wśród osób tam pracujących. Robimy wszystko, by problem rozwiązać - zapewnia Stanisław Kruczek, członek Zarządu Województwa Podkarpackiego. - Niestety, jako samorząd nie możemy pożyczyć spółdzielni potrzebnej do spłaty kwoty, bo zabraniają tego przepisy o finansach publicznych. Wierzę jednak, że uda się ocalić miejsca pracy i nikt nie trafi na bruk - podkreśla Kruczek.

Ponieważ spółdzielnia ma wyznaczony termin zwrócenia pieniędzy do PFRON na 14 kwietnia, prezes spółdzielni na 11 kwietnia zwołała walne zebranie członków spółdzielni. Walne miało podjąć uchwałę o likwidacji spółdzielni. Miało, ale na razie nie podejmie. Światełko nadziei pojawiło się w środę, gdy z załogą spotkały się posłanki Józefa Hrynkiewicz oraz Krystyna Wróblewska. Obiecały interwencję na szczeblu rządowym.

- Jesteśmy dobrej myśli, chociaż oficjalnych ustaleń jeszcze nie ma. Załoga zaufała posłankom, które się pofatygowały do naszego zakładu i obiecały pomoc. Wszystkim, którzy podali nam pomocną dłoń, jesteśmy bardzo wdzięczne i mamy nadzieję, że sprawa zakończy się po naszej myśli - mówi prezes Kochman.

 

 

Jedna z ostatnich spółdzielni

Spółdzielnia Inwalidów im. Jana Kilińskiego w Dynowie to jeden z ostatnich tego typu podmiotów w naszym regionie. Powstała w 1952 roku, potrafiła przetrwać trudny okres transformacji oraz kryzys gospodarczy. Daje zatrudnienie osobom niepełnosprawnym, które nie są zdane jedynie na pomoc społeczną i wsparcie innych instytucji. W całej tej sprawie paradoksalny wydaje się fakt, że przez nieuczciwych kontrahentów, którzy nie zapłacili za wyroby spółdzielni, PFRON - mający za zadanie pomoc osobom niepełnosprawnym - może w majestacie prawa tak „wesprzeć” tychże niepełnosprawnych, że stracą pracę i trafią na bruk. Przepisy stanowią, że dyrektor PFRON może rozłożyć na raty lub umorzyć odsetki od środków z tytułu nienależnie pobranego dofinansowania do wynagrodzeń pracowników niepełnosprawnych.

Czy prawo dopuszcza umorzenie całej kwoty, łącznie z odsetkami? Spółdzielcy z Dynowa i okolicy czekają na zadeklarowaną przez posłanki pomoc.